Od 25 maja działamy zgodnie z RODO. Szczegóły TUTAJ

Relacja z podróży, czyli Arek Mirecki z jego Kartą EURO26 w Portugalii!!

EURO26 to nie tylko ubezpieczenie i zniżki! Posiadacze naszej Karty mogą brać udział w różnego rodzaju projektach młodzieżowych, rekrutacjach oraz... KONKURSACH!!! Podczas ostatniej akcji szukaliśmy jednej osoby, która poleci do słonecznej Portugalii i przetestuje bilet IntraRail X-plore (7 dni podróży + 6 noclegów ze śniadaniami w cenie biletu), który jest dostępny z MEGA zniżką na EURO26! Przygotujcie sobie kawę, usiądźcie wygodnie i przeczytajcie relację Arka, który wraz ze swoją Kartą EURO26 wyruszył na podbój Portugalii.

Dzień 0 - początek podróży do Portugalii.

Swoją przygodę miałem zacząć w Porto, jednak moje przygody zaczęły się już na wrocławskim lotnisku. Tuż przed bramką zacząłem z siebie wszystko ściągać (paski, bluzy). Okazało się, że z powodu przedmajówkowego tłoku na lotnisku ludzi kontrolowano małymi grupkami, więc to obsługa wydawała koszyczki. Z tego też powodu trochę naczekałem się na swój koszyk, trzymając w międzyczasie cały swój dobytek w rękach i walcząc ze zsuwającymi się spodniami. Wcale im się nie dziwię, iż widząc moje wyposażenie (m.in. 3 różne saszetki wyciągane spod ubrań) wzięli mnie na kontrolę pod kątem ładunków wybuchowych. Nic nie wykryto, to tylko wyjazd zapowiadał się bombowo.


Tuż przy lotnisku znajduje się metro, wsiadłem w nie i ruszyłem w stronę mojego noclegu wraz z kibicami lokalnej drużyny sportowej, którym emocje po meczu jeszcze nie opadły. Transport publiczny w Porto jest lepiej zorganizowany niż na Bałkanach (gdzie nie było żadnych rozkładów), ale wciąż nie nazwałbym go przyjaznym dla turystów. Kilka przystanków później przesiadłem się w busa. Udało mi się kupić bilet dopiero w trzecim znanym mi języku (po hiszpańsku). Niestety przycisk stop nie działał, więc pojechałem jeden przystanek za daleko. Na szczęście w Porto są liczne wzniesienia, wiec walizka sama jechała przy mojej nodze, niczym zwierzątko.

 

Około północy, zmęczony podróżą dotarłem do hotelu i odebrałem klucze do pokoju. Wtedy zorientowałem się, że Porto wcale nie pozwoli mi spać. W świetlicy było pełno młodzieży, która śmiała się i integrowała. Poszedłem zostawić walizkę i niezwłocznie do nich dołączyłem. Było to naprawdę międzynarodowe towarzystwo: młodzież niemiecka, chorwacka, rosyjska, portugalska i ta, której narodowości nie zapamiętałem. Na początku nieśmiało zapytałem czy mogę się dołączyć, by chwilę później śmiać się z nimi i żartować. Atmosfera w Youth Hostels jest naprawdę cudowna, wszyscy przy jednym stole wymieniali się poglądami, doświadczeniami, opowiadali o podróżach. W pewnym momencie dwóch Niemców (Marvin i Julius) i Rosjanka (Masza) zaproponowało mi pójście nad wodę, więc nie odmówiłem im nocnego spaceru.
 

Porto nocą wygląd obłędnie. Pięknie oświetlone palmy, restauracje, wybrzeże. Żałuję, że nie mam tak dobrego aparatu żeby to uchwycić. Poniżej nocna panorama miasta niedaleko Praia das Pastoras.

 


Po drodze starałem się poznać moich nowych znajomych. Julius studiuje architekturę, ale ma też za sobą wiele ciekawych podróży o których ochoczo opowiada. Posłuchałem wiele ciekawych historii z Ameryki Południowej, między innymi o wielkiej jaszczurce, która zawsze spała przy jego łóżku. Nie pozostałem dłużny i odpowiedziałem parę historii związanych z moimi podróżami. Przy miłej rozmowie droga minęła szybko i trafiliśmy do Praia das Pastoras, gdzie rozciągał się przepiękny widok na latarnie morską.

 



Weszliśmy na molo i zauważyłem bardzo ciekawe zjawisko: po jednej stronie były ogromne fale, zaś po drugiej - płaska tafla wody. Wyglądało to co najmniej magicznie. Fale były tak duże, że nie doszliśmy do końca molo, gdyż groziło to zmoknięciem. Usiedliśmy w połowie i podziwialiśmy fale rozbijające się o skałę. Około drugiej w nocy wróciłem do hostelu, wziąłem prysznic i dopiero wtedy zauważyłem, że mam bardzo fajny pokój (tak mnie pochłonęła międzynarodowa integracja, że wcześniej nie zwróciłem uwagi). Pokój był dwuosobowy (jednak nie miałem współlokatora), przestronny, miał ogromne okno i taras.

 


 

Niestety długo się nim nie nacieszyłem, bo trzeba było kumulować energię na pierwszy dzień zwiedzania.

 

Dowiedz się więcej o bilecie IntraRail TUTAJ. Skorzystaj ze zniżki na EURO26 (bilet bez Karty: 146 EUR, ze zniżką u nas: 127 EUR).

Dzień 1 - portugalskie śniadanie i pierwsze PRO zwiedzanie.

Dzień zacząłem od pożywnego śniadania, które jest w pakiecie z kartą IntraiRal. Ponieważ było to moje pierwsze śniadanie, chciałem spróbować wszystkiego po trochu, by wiedzieć co mi najbardziej smakuje. Obżarstwo to świetny pomysł przed całodziennym chodzeniem... Portugalczycy maja wspaniałe, chrupiące pieczywo. Nawet zwykła kanapka smakuje cudownie. Śniadanie ma formę szwedzkiego stołu, są gorące napoje (całkiem smaczna kawa!) oraz toster, ale uznałem za ujmę pieczenie tak smacznego chleba, więc z niego nie skorzystałem. Na stołówce spotkałem Marvina, który zaproponował mi wzięcie udziału w darmowym spacerze z przewodnikiem.

 

 

Chwilę odpoczęliśmy po śniadaniu i wsiedliśmy do dwupoziomowego busa miejskiego (na co komu Londyn?). W Porto każdy przystanek jest na żądanie, trzeba pomachać żeby kierowca się zatrzymał. Na szczęście dowiedziałem się o tym dzień wcześniej, więc nie opuściliśmy żadnego busa z powodu różnic kulturowych. Ma to swoją zaletę, jak się okazało można zatrzymać kierowcę niekoniecznie w pobliżu jakiegokolwiek przystanku. Dojechaliśmy na Praça da Liberdade i zorientowaliśmy się, że na stronie zwiedzania znajduje się formularz do rezerwacji. Mimo wszystko dołączyliśmy do grupy i próbowaliśmy za nimi chodzić tak długo, na ile nam pozwolą. Zwiedzanie trwało około 3 godziny i było w języku angielskim. Przewodniczka, oprócz historii miasta (które liczy sobie ponad 2300 lat i jest starsze niż Portugalia!) opowiadała dużo ciekawostek m.in. zabrała nas do miejsca, które zainspirowało J.K. Rowling do opisania ulicy Pokątnej. Jeśli chcecie pozwiedzać Porto z przewodnikiem, szukajcie pomarańczowej parasolki takiej, jak tutaj.

 

 

Jak już wcześniej wspomniałem, w Porto znajduje się bardzo dużo wzniesień. Niestety, tym razem nie współpracowały. Przez większość czasu trzeba było się wspinać bądź schodzić po stromych schodach. Było warto, zobaczyliśmy przepięknie zdobiony dworzec z namalowaną historią Portugalii, życiem codziennym mieszkańców oraz porami roku (stacja i pora roku to w portugalskim to samo słowo).

 

 

Miejsce ze zdjęcia (Pelourinho do Porto) to miejsce, na które warto przyjść ze względu na spotkanie z lokalną kulturą. Jeśli wierzyć przewodniczce, często można tam spotkać muzyków, tancerzy. Tak też się stało.

 

 

Mimo wszystko opłaciło się wspinać! Z wyższych punktów miasta rozciąga się niesamowity widok, dlatego też porobiłem kilka panoram.

 

 

Podczas oprowadzania była przerwa na jedzenie podczas której jadłem przepyszną tartę z boczkiem, serem, jajkami. Podczas przerwy poznaliśmy Webstera, Australijczyka mieszkającego w Londynie. Na początku było trochę ciężko z powodu jego akcentu, jednak szybko złapaliśmy wspólny język.

 

 

Po zwiedzaniu wybraliśmy się wspólnie do parku, zdegustować po małej butelce portugalskiego piwa (sprzedają tam je w butelkach 200, 330 i 500 ml). Potem dołączyli do nas Julius i Tom (Brytyjczyk studiujący w Belgii). Przygotowywali się oni do rozmowy z politykami, więc dyskutowaliśmy o różnych problemach trapiących Unię Europejską, żeby zbudować im podłoże do dyskusji. Rozmawialiśmy także o podróżach i systemie szkolnictwa w różnych krajach.

 

Trochę się zasiedzieliśmy, więc do hotelu wróciliśmy Uberem. Kierowca opowiedział nam wiele ciekawych rzeczy po drodze m.in. o jedynym w Europie moście na który można się wspiąć. Chłopcy zaproponowali wybrać się tam w nocy, jednak ja całkiem lubię swoje życie, więc zaproponowałem im tylko pożyczenie gopro. Wróciliśmy do hostelu, Julius i Tom poszli na spotkanie, a my wybraliśmy się do supermarketu, który znajdował się jakieś 100 metrów od hostelu. Bardzo dobra lokalizacja. Marvin znowu chciał gdzieś iść, jednak powiedziałem, że chciałbym chwilę odpocząć i opisać dotychczasowe przygody - poprosiłem go o pół godziny. Zgodził się, powiedział, że chwilę się zdrzemnie (ustawi budzik) i pójdziemy na plażę. Jak można było się domyślić, nie udało mi się go dobudzić. Żadne dzwonienie, pukanie - padł na posterunku. Sam wybrałem się na plażę, chciałem też zobaczyć latarnie za dnia.

 

 

Wziąłem nawet ze sobą swój hamak żeby się powylegiwać. Niestety, nie znalazłem ani jednego miejsca w którym mógłbym go rozwiesić - drzewa w Portugalii (nawet w parkach) są sadzone bardzo daleko siebie. Gdy tak spacerowałem, przypadkiem dobudził się mój znajomy. Postanowiliśmy obejrzeć zachód słońca z Garden of Morro, tak jak zalecili nam lokalsi. Pojechaliśmy dwupoziomowym busem, potem przeszliśmy się najsłynniejszym mostem w Porto (Pont Louis). Widok z niego jest jeszcze piękniejszy niż sam most (most wygląda jak wieża Eiffla, jednak mieszkańcy Porto szczycą się że to most był pierwszy).

 

 

Ogólnie zauważyłem, że mieszkańcy Porto są dumni ze swojego miasta (na przykład ich regionalne danie - francesinha: jedna Portugalka powiedziała mi, że koniecznie muszę jej spróbować, bo to jest ich własne danie, a nie wpływ ze stolicy). Nie jest to jednak pusta megalomania, naprawdę dusza się raduje słysząc jak z pasją opowiadają o swoim mieście.


Porobiliśmy sobie mniej lub bardziej poważne zdjęcia i wybraliśmy się na nocny spacer po Porto. Było to jakieś święto akademickie, więc po mieście chodzili ludzie ubrani w tradycyjny strój akademicki. Mieli peleryny i przysięgam: wyglądali jak żywcem wyjęci z Harrego Pottera! Na początku myślałem, że to jakaś impreza przebierańców, ale potem zapytaliśmy o to pewnego Portugalczyka. Miał na imię Pedro i śpiewał rock&roll. W przeszłości pracował jako komik, podkładał też głosy. Bardzo miło nam się z nim rozmawiało. Poszliśmy coś zjeść, zamówiłem zachwalaną francesinhe. No cóż, było to na pewno ciekawe i indywidualne doświadczenie, ale chyba bym jej jeszcze raz nie zamówił.

 

 

Była ciężka a jej sos całkiem specyficzny. Na szczęście w kolejnych dniach miałem więcej szczęścia do jedzenia! W międzyczasie dołączyli do nas znajomi oraz znajomi znajomych i usiedliśmy w barze 77. Jak znaleźć dobry pub za granicą gdy wszystkie wyglądają podobnie? Obraliśmy proste kryterium, chłopcy zapytali przewodniczkę gdzie dostaniemy najtańsze piwo. Portugalski pub trochę różni się od wyobrażeń wykreowanych przez te brytyjskie (siedzi kilka osób i opowiadają sobie żarty). Jest tam naprawdę głośno, ludzie grają w rzutki, piłkarzyki, emocjonują się. Trafiliśmy nawet na imprezę urodzinową, więc cały bar zaczął nagle śpiewać i klaskać. Było całkiem sporo ludzi, nie mogliśmy znaleźć miejsca do siedzenia. Najbardziej dziwi fakt, że był to poniedziałek! Wróciliśmy do hostelu i poszliśmy spać. Tak minął mi pierwszy dzień.

 

Dowiedz się więcej o bilecie IntraRail TUTAJ. Skorzystaj ze zniżki na EURO26 (bilet bez Karty: 146 EUR, ze zniżką u nas: 127 EUR).

Dzień 2 - podróż do Aveiro, przyjaźni policjanci i trudny kanadyjski.

Nadszedł wielki dzień opuszczenia Porto i wyruszenia na południe. Wsiadłem w autobus i pojechałem w kierunku stacji kolejowej. Zobaczyłem ogromny budynek, więc wszedłem do niego i ustawiłem się w kolejce po bilety. Było tam naprawdę tłoczno. Wziąłem numerek i zobaczyłem, że przede mną jest około 100 osób! Zagadałem do kogoś żeby zapytać, jednak okazał się być podróżującym Hiszpanem. 30 osób później dopatrzyłem się napisu "ten punkt nie sprzedaje biletów kolejowych". Trochę mnie to zmieszało, gdyż widziałem pociągi, ludzi płacących przy okienku i dostających bilety. Nikt nie był w stanie odpowiedzieć na moje pytanie, więc zapytałem policjantów pilnujących stacji. Dowiedziałem się, że w tym miejscu można kupić bilety na metro, bilet na pociąg kupię w małym budynku obok. Udałem się tam i bezproblemowo udało mi się uzyskać mój bilet. To bardzo wygodne! Czułem się jak w restauracji w której wszystko jest za darmo. Wybrałem sobie dowolne miejsce w Portugalii, podszedłem, pokazałem kartę i po chwili zmierzałem na peron z wydrukowanym biletem. Kolejną zaletą jest elastyczność, minutę przed wejściem do pociągu można zmienić zdanie co do wyboru miejscowości. Tak też zrobiłem. Początkowo chciałem pojechać do parku w Geres, jednak zdecydowałem się odwiedzić Aveiro, gdyż zaintrygowało mnie odwiedzenie "portugalskiej Wenecji".

 

 

W pociągu poznałem ciekawą parę. Ian pochodził z Kanady, zaś jego dziewczyna z Hiszpanii. Wyglądali na zakłopotanych, więc spytałem czy nie potrzebują pomocy. Od słowa do słowa zaczęliśmy rozmawiać. Dowiedziałem się, że kiedyś byli w Gdańsku odwiedzić znajomych. Zapytałem ich czy ciężko im było się porozumiewać w języku angielskim w naszym kraju, a oni podzielili się ciekawym spostrzeżeniem: dużo łatwiej ludzie rozumieli dziewczynę Iana niż jego samego. Zdziwiło mnie to, bo nie miał mocnego akcentu, mówił przepięknym angielskim, z drobnymi kanadyjskim naleciałościami. Jak mi ktoś mądry później powiedział: problem z native speakerami jest taki, że wystarczy lekko przekręcić wymowę jakiegoś słowa i nie zrozumieją. Nowo poznani znajomi polecili mi plażę Costa Nova, więc zweryfikowałem moje plany podróżnicze i wybrałem się tam. Niestety do Costa Nova nie dojedziecie pociągiem. Jeżdżą tam busy, ale ja przedsięwziąłem inną strategię: przespacerowałem się przez miasto, zmierzając w kierunku drogi wylotowej. Moim oczom ukazały się przepięknie pomalowane kajaki i gondole kuszące turystów na każdym kroku.

 

 

Poruszając się po Aveiro dobrze mieć otwartą mapę, gdyż bardzo łatwo pójść gdzieś, gdzie drogę odetnie woda i będzie trzeba nadrabiać sporo kilometrów. Do drogi wylotowej nie doszedłem, bo za bardzo podobał mi się krajobraz centrum. Postanowiłem łapać stopa w pobliżu wody, by umilić sobie oczekiwanie. Cieszę się, że nie szedłem tak daleko, bo złapanie stopa zajęło mi jakieś 4 minuty. Pani, która mnie wzięła była kochana: dostałem od niej darmowe pomarańcze, zaproponowała mi także żebym po nią zadzwonił jak skończę wypoczywać, to podrzuci mnie do Aveiro. Nie chciałem jednak nadużywać jej dobroci, więc grzecznie odmówiłem. W Costa Nova domy malowane są w charakterystyczne paski, które oświetlone portugalskim Słońcem wyglądają obłędnie.

 

 

Żeby dojść do plaży musiałem pokonać pagórek. Było to magiczne doświadczenie, bo stopniowo zza niego wyłaniał się przepiękny krajobraz.

 

 

Piękne, rozległe wydmy, które wyglądały tak pięknie, jak te ze Słowińskiego Parku Narodowego! Najbardziej jednak urzekła mnie kładka, która ciągnęła się wzdłuż wody, stwarzając możliwość niesamowitego spaceru. Można cieszyć się przemierzaniem wybrzeża bez ryzyka zapiaszczenia walizki!

 

 

Mimo wszystko nie byłem w spacerowym nastroju, więc wyjąłem mój hamak i powiesiłem go pod ową kładką. Bujałem się na hamaku i zajadałem się pysznymi pomarańczami, czułem się jak w raju!

 

 

Leżąc, zauważyłem mężczyznę z aparatem, więc chciałem poprosić go o zrobienie mi zdjęcia. Rozmowę rozpocząłem od pytania skąd jest. Jak się okazało - z Poznania. Ciekawą sprawą jest, że w Polsce nie spotkałem żadnego Poznaniaka, a w Costa Nova, malutkiej miejscowości, której jedyną atrakcją są stylowe domy i plaża - tak. Mężczyzna, którego imienia niestety nie zapamiętałem (najwyraźniej byłem zbyt podekscytowany spotkaniem rodaka) okazał się pilotem wycieczek. Poprosiłem o rekomendacje: dowiedziałem się o kilku ciekawych miejscach w Portugalii. Sprzedał mi także ciekawy trick na szukanie jedzenia za granicą. Aż dziw bierze, że potrzebowałem przewodnika z wieloletnim doświadczeniem, by uświadomić sobie tak błyskotliwy i przydatny fakt. Aforyzm brzmiał "Jeśli w knajpie są plastikowe krzesła, to już wiedz, że będzie dobrze". Wróciłem stopem do Aveiro, zabrały mnie dwie Panie, które niestety nie mówiły w języku innym niż portugalski. Idąc za ciosem odwiedziłem knajpę "U Augusta" z lśniącymi, czerwonymi i co najważniejsze: plastikowymi krzesłami. Zamówiłem wołowinę z serem, jajkiem oraz "chips".

 

 

Myślałem, że dostanę zwykle frytki, jednak dostałem ogromną tackę świeżo zrobionych czipsów. Były bardzo smaczne: ciepłe i chrupiące. Do mięsa dostałem pikantny sos piri piri, który doskonale zagrał się z jego smakiem. Najedzony udałem się w kierunku dworca kolejowego, gdzie wsiadłem w pociąg do Coimbry. Z Aveiro pociąg jedzie do miejscowości Coimbra-B (trochę dalej od centrum) gdzie trzeba się przesiąść, by dojechać do Coimbra-A. Drugi odcinek trasy trwa 3 minuty, więc dłużej stałem w kolejce po bilet, niż jechałem pociągiem. Coimbra okazała się jeszcze bardziej wzgórzysta niż Porto. Nawet na krótkich odcinkach, gdy spacerujemy pod górę, Google maps pokazuje około 20% dłuższy czas. Google niestety nie jest tak mądre, by doliczyć moją walizkę; ja niestety musiałem o niej pamiętać i ciagnąłem ją dzielnie, by ostatecznie znaleźć się za siedmioma górami.

 

 

W centrum zobaczyłem ludzi opierających się na knykciach.

 

 

Na początku myślałem, że to adepci karate (byli ubrani na biało), jednak okazało się, że to jeszcze więksi wojownicy - studenci. Miasto słynie ze studentów, zaś studenci starają się zasłynąć w mieście. Zapragnąłem zasięgnąć więcej informacji, więc zapytałem najbardziej sympatycznego Portugalczyka w promieniu Coimbry o to, co się dzieje. Padło na Joao. Opowiedział mi, iż są to swego rodzaju otrzęsiny (nazywają to Praxe). Starsze roczniki sprawiają, że młodsze cierpią, by przygotować je na życie akademickie. Zwyczaj ten występuje w innych miastach Portugalii, ale nie jest tak hucznie obchodzony jak w Coimbrze. Po kilku pytaniach kim Joao jest i dokąd zmierza dowiedziałem się, że też jest studentem informatyki. Spytałem czy mógłby mnie oprowadzić, wymieniliśmy się telefonami i ruszyłem w stronę hostelu. To zabawne, bo moje pragnienie poznawania kultury było częściowo spowodowane tym, że chciałem chwilę odpocząć od tachania walizki (nie oceniajcie, byłem zmęczony). Naprawdę nie jest trudno kogoś poznać, zwłaszcza że prawie wszyscy mówią po angielsku (za co muszę Portugalczyków pochwalić). Dotarłem do hostelu, szybko się zameldowałem i wziąłem prysznic. Potem skontaktowałem się z Joao, który zaproponował żebyśmy poszli do niego. Joao mógłby być wzorcem parenetycznym informatyka. Poważnie, jego mieszkanie byłoby bardziej informatyczne tylko wtedy, gdy samo w sobie było symulacją komputerową: suche przekąski w różnych miejscach w zależności, gdzie powstaje oprogramowanie, rama od łóżka służąca jako wieszak na ubrania, materac na ziemi, niedokończony posiłek o niezbadanej dacie przydatności do spożycia. Jeśli chcecie zatrudnić Joao jako informatyka to ręczę, że bardziej informatycznego informatyka nie znajdziecie. Jak możecie się domyślić zaczęliśmy gadać o branży, projektach. Zobaczyłem nawet notatki ze studiów: program dużo nie różni się od tego w Polsce. Nie różniła się także gościnność, Joao poczęstował mnie różnymi lokalnymi trunkami, a potem dołączyła do nas jego koleżanka. Joao od 11 lat zajmuje się muzyką, więc puszczał mi swoje utwory, bawiliśmy się nawet mikrofonem z efektem autotune.

 

 

Jak możecie się domyślić, po drobnej degustacji, rozmowy stawały się jeszcze bardziej specjalistyczne. Postanowiłem położyć temu kres i zaproponowałem spacer. Oprowadzili mnie po mieście, opowiadali m.in. o wysokich schodach nazywanych przez nich "backbreaker".

 

 

Mają one ścisły związek z Praxe - młodym studentom daje się 5kg piasku, każąc wchodzić i schodzić po schodach. Z samej góry schodów rozciąga się ładna panorama miasta. Chciałem mieć energię żeby z nich zejść o własnych siłach, więc pdziękowałem moim przewodnikom i wróciłem do hostelu: tak minął mi dzień drugi.

 

Dowiedz się więcej o bilecie IntraRail TUTAJ. Skorzystaj ze zniżki na EURO26 (bilet bez Karty: 146 EUR, ze zniżką u nas: 127 EUR).

Dzień 3 - podróż do Lagos oraz kilka ciekawostek o portugalskiej kolei.

Wstałem na śniadanie, jak się okazało, we wszystkich obiektach jest ono na takim samym, wysokim poziomie, jednak w Coimbrze czekała już na mnie przygotowana zastawa (w rogu). Na początku byłem zmieszany, gdyż myślałem, że mam ją sobie wziąć sam (przez drzwi do kuchni widziałem szafę z talerzami), jednak goście hotelu wskazali moje miejsce. Po śniadaniu chciałem się spotkać z nowymi znajomymi, ale mi nie odpisywali. Jak się później okazało - spali. Postanowiłem pojechać wcześniejszym pociągiem, więc jeszcze raz przemierzyłem Coimbrę z walizką. Jeszcze kilka razy przeszedłbym to miasto i byłbym ekspertem od wspinaczki. A potem to już tylko Mount Everest.

 

 

Skorzystałem z aplikacji Rail Planner (serdecznie polecam!) i znalazłem sposób na dotarcie do Lagos. Niestety połączenie było z 3 przesiadkami. Podszedłem do okienka i poprosiłem o interesujące mnie bilety (na szczęście można mieć kilka na jednym papierze w myśl zasady "less waste"). No chyba, że stojąc w kolejce pociąg Wam ucieknie i będziecie potrzebowali nowego biletu. Niestety, jak się później dowiedziałem, połączenie, które znalazłem zawierało jeden odcinek, który nie wchodził w skład mojego biletu. Na szczęście Pan przy okienku, zanim zdążyłem go o to poprosić, wyszukał mi inne połączenie, które mój bilet w całości obejmował. Co ciekawe, pociągi jeżdżą tak często, że byłem tylko godzinę później w stosunku do mojego wymarzonego połączenia. Dla osób, które zechcą pójść w moje ślady zalecam być na stacji trochę wcześniej, w razie kolejki do kas.

 

 

Pociąg na odcinku Lizbona - Tunes złapał 16 minutowe opóźnienie (cztery razy więcej niż miałem na przesiadkę). Na szczęście porozmawiałem z konduktorem (przy pomocy miłego Portugalczyka, który tłumaczył) i pociąg bez problemu na mnie zaczekał. Ciekawe, że jak dotąd prawie wszyscy (nawet w nieistotnych sprawach) mówili po angielsku, a gdy potrzebowałem prawdziwej pomocy (od której zależało to czy będę spał na dworcu) - nie. Dotarłem do Lagos i po krótkim spacerze dotarłem do hostelu. Było tam całkiem dużo młodzieży francuskiej, w obiekcie była organizowana kolonia. Wygrzebałem język francuski z najgłębszych zakamarków mojej pamięci podręcznej i grałem z nimi w bilard, który był bezpłatny w świetlicy.

 

 

Dowiedz się więcej o bilecie IntraRail TUTAJ. Skorzystaj ze zniżki na EURO26 (bilet bez Karty: 146 EUR, ze zniżką u nas: 127 EUR).

Dzień 4 - jeśli kochacie plaże, będziecie zadowoleni, jeśli nie kochacie plaż - pokochacie!

Następnego dnia poszedłem zobaczyć to, co w Algarve jest najpiękniejsze - plaże. W niektórych hotelach można się wymeldować do godziny 12, w innych do 14, jednak zawsze można zostawić bagaż. Popatrzyłem na mapę i zobaczyłem, że nie bardzo jest mi po drodze zabrać walizkę z hostelu, więc wziąłem ją ze sobą. Moja najgorsza decyzja podróżnicza: jeśli macie możliwość zostawienie bagażu to z niej skorzystajcie. Nigdy nie wiecie co Was spotka w obcym kraju. Mnie spotkało dużo dobrego: co prawda w Algarve są najpiękniejsze plaże z jakimi kiedykolwiek miałem do czynienia, jednak ma to swoją cenę - czasem trzeba się namęczyć, by się do nich dostać. Nie mówię tu tylko o wysokich schodach (jak na przykład przy Praia de Camilo), czasem są to pagórki, wąskie przejścia, przedzieranie się przez roślinność. Jestem pewien, że Lagos zachwyci każdego - zwłaszcza ludzi, którzy nie mają leku wysokości.

 

 

Niektóre klify naprawdę potrafią o niego przyprawić. Podczas jednej wspinaczki walizka wyślizgnęła mi się z dłoni i sturlała w dół (na piasek). Na szczęście nic poważnego jej się nie stało.

 

 

Po krótkiej sesji fotograficznej zszedłem na dół po schodach i rozłożyłem się na plaży.

 

 

Niestety nie było miejsca na hamak, więc położyłem go na piasku. Woda była błękitna a fale duże, wszystko przyciągało do wejścia do niej. A przynajmniej do czasu sprawdzenia temperatury wody. Nie była za ciepła, jednak przypomniałem sobie co pewien Rosjanin mówił o wodzie (że jest zimna jak jest sucha - w postaci lodu), założyłem kamerkę i poszedłem popływać. W wodzie występują liczne kamienie, wysepki. Niektórzy się na nie wspinają. Ja, co prawda, byłem ubezpieczony, ale jak już mówiłem - lubię swoje życie. Niemniej jednak widziałem ludzi, którzy siedzieli na małym kamieniu z dala od brzegu - sprawiali wrażenie siedzących na wodzie. Postanowiłem zwiedzić tyle plaży ile tylko zdołam, więc wybrałem się na kolejną, kilkaset metrów dalej. Po drodze natknąłem się na miejsce, które mogłoby robić za prywatną plażę jakiegoś multimiliardera.

 

 

Następna plaża była znacznie ciekawsza, podzielona na dwie części, zaś przejście między nimi było tunelem wydrążonym w skale. Część pierwsza była bardziej na Słońcu, zaś w drugiej, przynajmniej o tej porze, znajdowało się sporo zacienionej przestrzeni. Spragniony słońca wybrałem pierwszą część.

 

 

Chciałem jeszcze raz popływać, więc zagadałem do pewnej grupki znajomych. Byli ze Stanów Zjednoczonych. Mieli dużo do powiedzenia: wciągnąłem się w rozmowę i zapomniałem o tym, co miałem zrobić. Nagrałem kilka ujęć pod wodą i wróciłem do moich rozmówców.

 

 

W międzyczasie jedna osoba z ich ekipy próbowała wspinaczki, rozdarła sobie skórę, więc poratowałem ją środkiem odkażającym. Naładowałem baterie (swoje metaforyczne oraz te kamery) i wyruszyłem w poszukiwaniu punktu widokowego. Po drodze znalazłem ogromne, piękne, szare drzewa. Wyglądały dostojnie, jak Enty z Władcy Pierścieni.

 

 

Rozwiesiłem na nich hamak (według policjanta, którego o to pytałem jest to legalne w Portugalii) i zacząłem się na nim bujać, podziwiając piękno południowej części kraju.

 

 

Jak widać na załączonym obrazku, słońce w Portugalii mocno daje o sobie znać.

 

 

Odpocząłem i zacząłem kierować się w stronę dworca. Próbowałem po drodze złapać stopa do centrum (mimo iż wiem, że nie jest to dobry pomysł - przejeżdżający ludzie myślą, że osoba chce się dostać poza miasto, a oni przecież jadą do centrum), ale bez powodzenia. Po drodze na stację nie mogłem odmówić sobie wejścia do supermarketu i kupienia soków owocowych. Wiem, że podczas podróży lepiej pić wodę (po słodkim jeszcze bardziej jest się spragnionym), ale ich soki są takie pyszne! Nie myśląc o moich plecach wziąłem sok gruszkowy, mango i morelowy.

 

 

Na stacji poznałem kolejnych Kanadyjczyków, którzy tak jak ja wybierali się do Faro. Wymieniliśmy podróżniczo-portugalskie doświadczenia, podpytałem o Kanadę jako hipotetyczny cel mojej następnej wyprawy, dowiedziałem się także jak wygląda luksusowe podróżowanie (ich jeden rachunek z restauracji opiewał na kwotę większą niż ja wydałem podczas całego wyjazdu!). Wymieniliśmy się whatsappem i każdy ruszył w swoją stronę. Odnalazłem mój hostel, gdy miałem do niego wejść, usłyszałem przeraźliwy, przeszywający duszę dźwięk. Jak się później mieszczuch dowiedział - taki dźwięk wydają bociany. Bezproblemowo zameldowałem się w Youth Hostel Faro i poszedłem na spacer po obiekcie. Trafiłem na taras, który znajdował się na dachu. Usiadłem i zacząłem pisać dziennik z podróży. Po ubraniu relacji w słowa wróciłem do pokoju. Dzieliłem go z chłopakiem, który przyjechał do Faro na turniej ultimate frisbee. Gdy rozpakowałem rzeczy, towarzysz zaczął się rozciągać. W ŚRODKU NOCY. Nie mogłem wytrzymać tego jak zdrowy jest tryb życia niektórych ludzi, więc poszedłem coś zjeść. Też w środku nocy. Za dużego wyboru nie było, mój głód był skazany na globalizację - jedyne co było czynne to McDonald's i jakiś kebab. Wybrałem to drugie i na szczęście odrobina obcej kuchni się wkradła, bo dostałem kebaba z sałatą. Pomimo początkowego zdziwienia okazał się całkiem smaczny. W międzyczasie oglądałem obchody akademickie, które odbywały się w mieście. Mimo iż do miasta wpadłem w środku imprezy, było naprawdę bardzo kulturalnie (nikt się nie zataczał). Studenci, w swoich tradycyjnych strojach (innych niż w Coimbrze) siedzieli w barach, tańczyli w klubach, spacerowali. Tutaj, jak widać, królują jednak Gwiezdne Wojny.

 

 

Dowiedz się więcej o bilecie IntraRail TUTAJ. Skorzystaj ze zniżki na EURO26 (bilet bez Karty: 146 EUR, ze zniżką u nas: 127 EUR).

Dzień 5 - portugalskie Faro, naukowa wiedza o pomarańczach i... Czaszki!

Mimo iż śniadanie podawane jest do godziny 10, wstałem wcześniej, by wybrać się na wycieczkę po Faro z przewodnikiem. Jest to bardzo urokliwa, dawna wioska rybacka. Nie jest zbyt duża, więc warto przejść całą, by zobaczyć jak bardzo poszczególne części miasta się od siebie różnią. Spójrzcie na przykład na Rua do Albergue (pierwsze zdjęcie) i porównajcie z Rua do Misericordia.

 

 

Na stronie było napisane, iż są dwie tury zwiedzania: jedna o 10, druga o 11. By uniknąć upałów, chciałem oszukać system i wybrałem się na wcześniejszą turę pod Arco da Vila - wejścia do murów dawnego miasta. Jak się okazało system oszukał mnie, bo na godzinę dziesiątą nikt się nie zjawił. Faro jest bardzo urokliwe - chętnie poszedłbym na jakiś spacer, ale umówmy się: wstałem o ósmej rano. Na szczęście w pobliżu znalazłem park. Przy parku kręcił się policjant. Chciałem go zapytać, czy mogę rozwiesić hamak, jednak nie mówił po angielsku. Wpisałem frazę w tłumacza google, a on przytaknął. Nie wiem czy cokolwiek zrozumiał, ale nawet jeśli nie, to przecież mnie nie aresztuje po tym jak mi przytaknął (nieważne co bym robił). Powiesiłem hamak i poczekałem na oprowadzanie. O godzinie 11 zjawił się przewodnik, który w zabawny sposób opowiedział nie tylko historię Faro, ale i Portugalii. Była ona zilustrowana przez przepiękne "azulejo" (niebieskie kafelki), które odnaleźc można w różnych częściach miasta.

 

 

Oprowadzanie miało formę szkoły życia, dowiedziałem się na przykład jak odróżniać słodkie pomarańcze od cierpkich, patrząc na liście. Jeśli pomiędzy gałęzią a dużym liściem znajduje się malutki liść, z dużym powodzeniem można stwierdzić, że na drzewie rosną cierpkie pomarańcze. Od biologii przeszliśmy do muzyki: usłyszeliśmy o nostalgicznym gatunku muzycznym Fado, który narodził się właśnie w Portugalii. Tematy obejmowały także kwestie administracyjne: Faro walczy z wyludnieniem, więc gdy dom stoi pusty dłużej niż dwa lata, trzeba płacić sześć razy większy podatek! Czasami dużo bardziej opłaca się go wyremontować. Jednak to nie lokalne prawo było najciekawsze.
Tym, co najbardziej zdziwiło mnie w Faro (i ogólnie w Portugalii) były "bone chapels" - kaplice z wmurowanymi prawdziwymi czaszkami. Rozumiem, że idea oswajania ludzi ze śmiercią czasami jest dobra, ale Portugalczycy idą o krok za daleko - w Faro jedna znajduje się naprzeciwko przedszkola.

 

Rzeczą, która mnie w Faro zachwyciła była roślinność, która pozostawała w idealnej harmonii, nawet w ścisłym centrum miasta. Na drugim zdjęciu teatr powstały w 1605 r., by przez sztukę kształcić masy.

 

 

Oprócz flory, z miastem harmonizuje też fauna. Z uwagi na to, że w zimie temperatura raczej nie spada poniżej 10 C, to pewnie tutaj przylatują nasze polskie bociany. Mają one honorowe miejsce w historii miasta (i swoje gniazda w honorowych miejscach), są uważane za strażników dawnych murów.

 

 

Nic także nie stoi na przeszkodzie, by w parku spotkać pawia.

 

 

W Faro wszystko jest dziełem sztuki, zwłaszcza domy. Kolorowe drzwi i kafelkowa elewacja tylko potęgują ten efekt.

 

 

Nawet chodnik hołduje temu, iż kiedyś była to wioska rybacka.

 

 

Skończyliśmy zwiedzać. Jak się okazało, przewodnik okazał się prawdziwą skarbnicą ciekawostek, nosił nawet wydrukowane zdjęcia miejsc, w które nie udało nam się dotrzeć. Gdy będziecie w Faro - koniecznie weźcie udział w oprowadzaniu. Z wszystkich miejscowości, to właśnie ta urzekła mnie najbardziej, z przyjemnością zostałbym w niej dłużej, gdyby nie fakt, iż następnego dnia miałem samolot powrotny. Wróciłem do hostelu po walizkę, uzupełniłem zapasy wody i wsiadłem do pociągu do Lizbony.

 

 

Wysiadłem na stacji Lisboa-Entrecampos i po drodze zrobiłem zakupy spożywcze w supermarkecie, by nie szlajać się po nocy. Hostel w Lizbonie spodobał mi się najbardziej: przeszklone drzwi na fotokomórkę, karty magnetyczne, duża świetlica. Zostawiłem swoje rzeczy w pokoju i poszedłem przespacerować się po mieście. Jako gadżeciarz i fan pojazdów elektrycznych nie mogłem sobie odmówić przejazdu hulajnogą (w Lizbonie naliczyłem co najmniej pięciu operatorów).

 

 

Szybko jednak zrezygnowałem z tego pomysłu: takie ułatwienia komunikacyjne jak światła drogowe, nie są przez tamtejszych kierowców respektowane. Pomimo zielonego światła dla mnie, samochody i tak skręcały, zmuszając mnie do hamowania. Nie przesadzam, bywałem w miejscach, gdzie było z tym jeszcze gorzej - na przykład w Albanii. Każde przejście przez ulicę tam było swoistą grą w cykora - ten, kto pierwszy zboczy z kursu kolizyjnego albo zwolni, przegrywa. Nie poruszałem się wtedy jednak z prędkością hulajnogi elektrycznej. Nie mówię, że takie sytuacje się w Polsce nie zdarzają, ale czułem się nieswojo, więc porzuciłem elektryczny środek transportu osobistego. Szkoda, bo jazda po ścieżkach rowerowych (nielegalna w Polsce) sprawiła mi niemałą frajdę. Niespełniony wróciłem do hostelu i poznałem moich współlokatorów. Jeden miał na imię Steward, pochodził z Wielkiej Brytanii. Był to starszy Pan z siwą brodą (jak widać w Youth Hostels znajdzie się miejsce dla każdego) i przepięknym, brytyjskim akcentem. Pogawędziliśmy trochę, a potem poszedłem do świetlicy pisać dziennik z podróży. Tak minął mi dzień piąty.

 

Dowiedz się więcej o bilecie IntraRail TUTAJ. Skorzystaj ze zniżki na EURO26 (bilet bez Karty: 146 EUR, ze zniżką u nas: 127 EUR).

Dzień 6 - Lizbona i pożegnanie z Portugalią.

Rano spotkałem się z Micaelą, którą poznałem na grupie DiscoverEU. Wyraziła ona chęć oprowadzenia mnie po Lizbonie. Zwiedzanie rozpoczęliśmy w parku Edwarda VII, w którym "azulejo" pięknie współgrają z tamtejszym pawilonem.

 

 

Zarówno w parku, jak i w jego okolicy, znajduje się pełno przepięknej zieleni. Warto poświęcić chwilę, by się tamtędy przespacerować. Najbardziej podobał mi się żywopłot pomiędzy alejami, który sprawiał wrażenie labiryntu.

 

 

Stamtąd powędrowaliśmy na południe miasta, zobaczyć Basilica de Estrela i Parlament.

 

 

Chciałem nagrać trochę życia codziennego, więc zapytałem Micaelę o targ. Powiedziała, że pójdziemy w takie miejsce. Niestety, jak się później okazało nie dogadaliśmy się i poszliśmy w miejsce, któremu bliżej było do galerii handlowej niż targu.

 

 

W Lizbonie, jak i w innych portugalskich miastach, czasem trzeba się naprawdę powspinać, żeby coś zobaczyć.

 

 

Istnieją dzięki temu dziwne miejskie konstrukcje jak na przykład wiadukty nad ulicami. Tutaj widok z góry na jedną z najsłynniejszych ulic Lizbony "Rua Cor de Rosa".

 

 

By nie zamykać się na tylko jedną część miasta, pojechaliśmy pociągiem do Belem, 6km od centrum. Zobaczyłem tam litery, które mogłyby być hasłem przewodnim wycieczki do Portugalii, która zaskoczyła mnie swoją innością. Nie mogłem się powstrzymać przed rozwieszeniem hamaka i zrobieniem zdjęcia.

 

 

 

 

W Belem najbardziej podobała mi się Torre de Belem, militarna budowla z XVI wieku. Kiedyś była ona z każdej strony otoczona wodą, jednak teraz to się zmieniło i jest łatwiej dostępna dla turystów.

 

 

Gdy zgłodnieliśmy, poszliśmy na słynne Pastéis de nata - tradycyjne portugalskie babeczki budyniowe. Wziąłem trzy, jedną próbowałem bez dodatków, drugą z cukrem pudrem i cynamonem (tak podana była najlepsza, chociaż w obu wersjach były przepyszne) a trzecią przywiozłem do Polski i poczęstowałem rodzinę. Babeczki zjedliśmy w okolicy mostu 25 kwietnia, łudząco przypominającego Golden Gate Bridge.

 

 

Wróciliśmy do centrum i odwiedziliśmy dzielnicę handlową pełną ekskluzywnych sklepów.

 

 

Jako że nie jestem wielkim fanem zakupów (oraz nie jestem z Kanady), kupiłem tylko pocztówki i udaliśmy się w stronę Praça do Comércio.

 

 

Stamtąd wróciłem do hostelu, gdyż byłem umówiony na jeszcze jedno spotkanie. Miałem spotkać się z Antonio, Portugalczykiem, którego poznałem nad jeziorem Bled w Słowenii, podczas mojej bałkańskiej wyprawy. Był on wtedy ze swoją dziewczyną i uciekł im ostatni pociąg. Pomogłem im znaleźć bezpieczne miejsce do spędzenia nocy (odkryłem je jak szukałem miejsca do rozwieszenia hamaka). Antonio to bardzo sympatyczny młody człowiek, który na zwykłą wycieczkę był znacznie lepiej przygotowany survivalowo niż ja (czym mi zaimponował). Zaprosił mnie wtedy któregoś dnia do Lizbony. Niekulturalnie by było odmówić, więc się z nim spotkałem.

 

 

 

Odwiózł mnie na lotnisko, opowiedział o jego perypetiach z robieniem prawo jazdy w Lizbonie (podobno bardzo ciężko się umówić na jazdy). Być może z tego powodu tamtejsi kierowcy po prostu nie robią uprawnień i wyjeżdżają na ulicę. To by wyjaśniało ich niebezpieczne zachowanie na drogach. Pożegnałem się z Antonio, licząc, że jeszcze kiedyś go spotkam i udałem się do kontroli bezpieczeństwa. Mój bagaż po przejechaniu przez skaner trafił do dziwnej przegródki (za plexi). Pracownica lotniska przed dotknięciem go założyła lateksowe rękawiczki. Już myślałem, że czeka mnie jakaś kontrola, jednak pozwoliła mi zabrać bagaż. Bez większych przygód wsiadłem w samolot i wróciłem do Polski. Tak zakończyła się moja portugalska przygoda.

 

 

Dowiedz się więcej o bilecie IntraRail TUTAJ. Skorzystaj ze zniżki na EURO26 (bilet bez Karty: 146 EUR, ze zniżką u nas: 127 EUR).

Strona korzysta z plików cookies zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Dalsze przeglądanie witryny oznacza zgodę na ich zapis i wykorzystanie. Więcej informacji czytaj tutaj.